Ucieczka znad własnego grobu
Józef Romanowski z Żelaznej Prywatnej
Jesienią 1944 r., kiedy zbliżał się front wschodni, Niemcy rozpoczęli na Północnym Mazowszu masowe aresztowania członków antyhitlerowskiego podziemia jak i również ludności podejrzanej o współpracę z polską i sowiecką partyzantką. W tym okresie w powiecie przasnyskim miały miejsce liczne potyczki podziemnych grup zbrojnych z gestapo oraz wojskiem niemieckim. 17 października 1944 r. rozegrała się bitwa oddziału partyzanckiego Armii Krajowej „Łowcy” z Niemcami pod Szlą. Z kolei 27 października 1944 r. miała miejsce obława na żołnierzy z desantu sowieckiego mjr Anatolia Szajkina ps. „Orłow” i żołnierzy AK „Łowcy” pod Żelazną. Obława zorganizowana przez Niemców była spowodowana nieodpowiedzialnym zachowaniem partyzantów Armii Ludowej „Synowie Ziemii Mazowieckiej”, którzy zastrzelili przebywającego na polowaniu oficera niemieckiego. Fakt ten spowodował, iż na terenie Żelaznej, Olszewki, Parciak i Pościenia rozpoczęto masowe aresztowania. W sumie z okolicznych kolonii i lasów aresztowano 30 osób, które zostały spędzone do stodoły Grzegorza Grzyba z Żelaznej. Aresztowanych straszono, że jeśli nie powiedzą, kto pomaga partyzantom, zostaną oni żywcem spaleni w stodole.
Żandarmi wraz z żołnierzami Wehrmachtu nieustannie patrolowali okoliczne lasy szukając partyzantów. W Rzodkiewnicy natrafiono na ślad ludzi z oddziału Orłowa, którzy broniąc się zabili dwóch Niemców. Spowodowało to, że hitlerowcy zmienili plany odnośnie mężczyzn przetrzymywanych w stodole G. Grzyba. Nie spalono ich, tylko osadzono w żandarmerii gminnej w Jednorożcu, a następnie przetransportowano do więzienia znajdującego się w klasztorze O. Pasjonistów w Przasnyszu. Po wstępnym śledztwie i dwutygodniowym pobycie w Przasnyszu całą grupę przewieziono do obozu przejściowego w Działdowie, gdzie aresztowani poddani byli kolejnym przesłuchaniom i torturom. Do grupy więźniów z gminy Jednorożec dołączono później również aresztowanych z Czernic Borowych, Przasnysza i okolic.
17 stycznia 1945 r. tuż po porannym apelu, po rozdaniu chleba więźniom, pod eskortą gestapo grupa aresztowanych przebywających w Działdowie wyruszyła pieszo w kierunku Ostródy. Marsz więźniów był przerywany przez bombardujące pozycje niemieckie, lotnictwo sowieckie. Powtarzające się bombardowania umożliwiły ucieczkę z kolumny wielu Polakom. Jednak większość pędzonych w liczbie 130 ludzi musiała iść dalej w kierunku Ostródy. Więźniów politycznych pędzono przez cztery doby, w dużym śniegu, przy mrozie sięgającym -20º C do miejscowości Stare Jabłonki ( Altfinken) niedaleko Ostródy. Podczas całego marszu tylko jeden raz pod Olsztynkiem umożliwiono pędzonym odpoczynek. Miejscem następnego odpoczynku była Ostróda. Do więźniów przyjechał wtedy komendant dziadowskiego obozu, który przemówił do wszystkich po polsku: „Jesteście głodni i bardzo zmęczeni. Do następnej wioski daleko i trudno będzie wam dotrzeć. Poza tym zbliża się wieczór. Zaczekajcie tu. Ja wrócę do tej wioski, którą minęliśmy i znajdę dla was kwaterę. Dostaniecie jeść, bo mamy dla was żywność. Prześpicie się i odpoczniecie, a rano przyjadą wojskowe samochody i wówczas grupami po 10 lub 20 osób pojedziecie za Olsztyn wyrzucać śnieg z okopów.” Następnie po opuszczeniu grupy więźniów przez komendanta, zapędzono ich do stodoły przybudowanej do obory w Starych Jabłonkach, gdzie zmęczeni katorżniczym marszem aresztanci zasnęli.
W nocy 21 stycznia 1945 r. o godzinie 2 pod stodołę przyjechała niemiecka ciężarówka, która zabrała dwudziestu więźniów wychodzących prawie na ochotnika ze stodoły. Po związaniu im rąk drutem, pędzono dwójkami pieszo około 200 m w kierunku Olsztyna. Po pewnym czasie związanych Polaków popędzono leśną przecinką w głąb sosnowego lasu, gdzie był już wykopany duży dół. Następnie kazano wszystkim położyć się twarzą do ziemi parami. Niemcy zaczęli strzelać z automatu do leżących. Po pierwszych strzałach więźniowie zaczęli głośno się modlić i śpiewać „…Jeszcze Polska nie zginęła…” i „Boże coś Polskę”.
Pozostali współtowarzysze niedoli słysząc strzały doszli do wniosku, że hitlerowcy rozstrzeliwują ich kolegów. Nastąpiły wtedy konsultacje więźniów, którzy planowali zaatakować swoich oprawców. Ostatecznie plan ten jednak się nie powiódł. Część mężczyzn przebywających w stodole postanowiła się ukryć. Mieczysław Kaliszewski wszedł wysoko na zasiek i głęboko zagrzebał się w siano. Dwaj siedemnastolatkowie, Apolinary Kasprowicz i Stefan Rzepczyński postanowili również ukryć się w sianie, natomiast Józef Romanowski schował się za komin wędzarni w murowanej przybudówce nakrywając się sianem. Niemcy przyjechali po następną dwudziestkę więźniów przebywających w stodole, lecz tym razem nikt nie wychodził na ochotnika, toteż oprawcy zaczęli siłą wyciągać swe ofiary.
Po kilku kursach Niemcy stwierdzili, że nie zgadza im się liczba więźniów i wchodząc do stodoły nakazali opuszczenie tego miejsca przez pozostałych, gdyż w przeciwnym wypadku spalą stodołę. Apolinary Kasprowicz i Stefan Rzepczyński nie wytrzymali nerwowo i zeszli po drabinie z zasieka oddając się w ręce katów. Niemcy ponownie zaczęli
nawoływać do opuszczenia stodoły, jednak J. Romanowski razem z M. Kaliszewskim przeżywając ogromne napięcie nerwowe postanowili zaryzykować i czekać w swoich kryjówkach. Po pewnym czasie rozległo się echo serii z karabinu maszynowego. Ostatni więźniowie zostali rozstrzelani.
Rankiem około godz. 9 Józef Romanowski postanowił po cichu wyjść z ukrycia, gdzie spotkał Kaliszewskiego. Obydwaj pożegnawszy się postanowili rozejść się każdy w swoją stronę. J. Romanowski wyruszył w kierunku wschodnim, idąc wśród pustki śnieżnej i pól dotarł do miejscowości Ukta, gdzie spotkał się z żołnierzami sowieckimi. Dołączył tam do grupy wracających Polaków i po 10 dniach dotarł do swojej rodziny w Żelaznej. Będąc już na własnym podwórku usłyszał głos syna: „Mamo, tatuś idzie”. Witająca go ze łzami w oczach żona nie wiedziała, że jej mąż uciekł znad własnego grobu.
Wojciech Łukaszewski